Sporta - baśń, która dzieje się naprawdę: Jak woziwoda stał się maratońskim herosem?

Materiał pomógł stworzyć
Monika Pyrek
Jedna z najlepszych i najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletek, specjalizująca się w skoku o tyczce. Na swoim koncie ma pięć medali Mistrzostw Świata oraz, a także trzy medale Mistrzostw Europy. Aż czterokrotnie udało jej się zrealizować największe marzenie każdego sportowca o udziale w Igrzyskach Olimpijskich (Sydney 2000, Ateny 2004, Pekin 2008, Londyn 2012). Po zakończeniu kariery sportowej Monika Pyrek nadal aktywnie działa na rzecz promocji sportu! Prowadzi Fundację swojego imienia, w ramach której realizuje takie projekty jak: Alternatywne lekcje WF, Monika Pyrek Camp czy też Fundusz Stypendialny Skok w marzenia!

Niejednokrotnie słyszęliśmy o wspaniałych zwycięstwach i wielkich mistrzach oraz ich historiach, którę są tak niezwykłe, że czasami aż trudno w nie uwierzyć. Ale uwierzyć warto. Bo właśnie tylko sport potrafi dzięki swej ideii, czystości zasad, marzeniom atletów, ich determinacji i pięknej nieprzewidywalności napisać najwspanialsze baśnie, które dzieją się na naszych oczach. Aby przyblizyć Wam te opowieści zapraszamy na nową serię podastów, które czyta dla Was Monika Pyrek: Sport - baśń, która dzieje się naprawdę. Na początek nieprawdopodbna historia pierwszego biegu maratońskiego na Nowożytnych Igrzyskach Olimijskich. Zapraszamy!

Podcast do poczytania

Ta opowieść sprzed wielu lat może Wam zabrzmieć jak bajka, ale nią nie jest. To wszystko wydarzyło się naprawdę. Sport bowiem to właśnie rodzaj baśniowej opowieści, która rozgrywa się na serio, na naszych oczach.

Maraton to symbol Grecji. Nie tylko greckiego sportu, ale i jej historii. To przecież jedna z najsłynniejszych bitew w dziejach świata, podczas której ateńscy hoplici zatrzymali marsz armii perskiej na Europę. Legenda głosi, że pierwszym biegaczem maratończykiem był jeden z greckich żołnierzy imieniem Feidippides, biegnący z informacją spod Maratonu do Ateny właśnie na temat tej bitwy. Nie wiemy dokładnie, jakie wieści przyniósł, ale miał jakoby pokonać dystans około 40 km.

Dzisiaj te około 40 km to najdłuższy z biegów, za który przyznaje się medale olimpijskie. 

Historia nowożytnych igrzysk olimpijskich, czyli tych, na które czekamy w Tokio, wiąże się ściśle z archeologią. To prowadzący wykopaliska w Grecji archeologowie dotarli do ruin dawnego stadionu, na którym od 776 roku przed naszą era odbywały się igrzyska olimpijskie ku czci Zeusa. Około 1880 roku informacje o tych starożytnych zawodach sportowych zyskały spory rozgłos, można chyba powiedzieć, że zapanowała wręczmoda na igrzyska, którą podsycał zwłaszcza francuski baron Pierre de Coubertin, twórca idei przywrócenia dawnych, zasypanych przez historie igrzysk.

To jednak nie on, ale francuski historyk Michel Breal zaproponował, by uczcić pamięć legendarnego biegu do Aten, wprowadzając do programu nowożytnych igrzysk bieg długodystansowy na wzór biegu maratońskiego. Baron de Coubertin był zachwycony pomysłem, Grecy jeszcze bardziej. 

Pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie po 1500 latach przerwy odbyły się właśnie w Atenach i długodystansowy bieg na oryginalnej trasie z Maratonu do miasta stał się ich ozdobą. Wzbudził wielkie zainteresowanie kibiców, którym marzyło się, że i tym razem najszybszy będzie Grek – tak jak ten Feidippides po dawnej bitwie z Persami.

Co bogatsi i bardziej hojni Grecy prześcigali się w fundowaniu nagród dla zwycięzcy. Lekarz Teoflaxos ofiarował baryłkę wina, producent słodyczy – tonę czekolady, pewien fryzjer – darmowe strzyżenie do końca życia, krawiec – ubieranie do końca życia itd. To bowiem, że wygra Grek, było dla owych sponsorów oczywiste. Georgios Averoff, milioner grecki, który wcześniej sfinansował budowę stadionu olimpijskiego, ofiarował najlepszemu 100 tysięcy drachm i na dodatek... rękę swojej córki.

W gronie 25 biegaczy było 21 Greków, w tym pewien woziwoda nazwiskiem Spirydon Louis, którego do startu namówił jego przełożony w wojsku. Ten major widział w biegającym z meldunkami żołnierzu duży talent i sporą wytrzymałość. Kiedyś miał wygłosić jakieś przemówienie, ale nie mógł, gdyż zapomniał okularów. Wtedy Spirydon Louis zaproponował, że po nie podskoczy. 22 kilometry, nic wielkiego. Rzeczywiście, wrócił raz-dwa. Wtedy jego dowódca postanowił zrobić wszystko, by jego żołnierz reprezentował Grecję na igrzyskach.

Na trasie maratońskiej początkowo prowadzili cudzoziemcy, biegacze z Australii, Francji czy Węgier, o czym informacje do Aten przekazywali konni kurierzy. Spirydon Louis przesuwał się jednak do przodu. Konkurenci zmęczeni schodzili z trasy, a on biegł dzielnie. Z taką wieścią wpadli jak grom na stadion kolejni konni kurierzy. Stadion zawrzał.

Tymczasem Louis spotkał na trasie swego wuja i poszedł z nim na chwilę... na wino! Obaj dawno się nie widzieli, więc pogawędzili z 20 minut, wypili po łyczku i Grek zadowolony ze spotkania wrócił na trasę. Dogonił prowadzącego Australijczyka Flacka, który zemdlał ze zmęczenia, i Grek wpadł na stadion w niezłym czasie 2 godz. 58 min 50 s (na dystansie 40 km). Obwieściły to salwy z dział.

Co to się potem działo! Pod nogi Louisa spadały nie tylko kwiaty, ale i kosztowności oraz monety. Do mety doprowadziła go rodzina królewska z następcą tronu Grecji, księciem Konstantym. Na szczęście nie podtrzymywali go, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z niedozwolona pomocą. 

Tłum wiwatował. Porównywano Spidyrona Louisa do wielkich bohaterów starożytności – do Leonidasa, Miltiadesa, do Apolla i Hermesa, starożytnego boga gońców i biegaczy, posłańca bogów. Zbiegli się mieszkańcy Aten i fetowali zwycięzcę. Zabrakło tylko tego wuja od wina, nie wiadomo dokąd się udał.

Spirydon Louis fetował swój sukces i cieszył się z nagród. Za jedną jednak podziękował. Zrezygnował z ręki córki milionera Averoffa. Miał już bowiem narzeczoną w swojej rodzinnej wiosce. Miała na imie Heleni, zamierzał do niej pobiec.

Udostępnij podcast

;