Baśń o latającym młocie. Czyta Monika Pyrek

Materiał pomógł stworzyć
Monika Pyrek
Jedna z najlepszych i najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletek, specjalizująca się w skoku o tyczce. Na swoim koncie ma medale Mistrzostw Świata i Europy. Aż czterokrotnie udało jej się zrealizować największe marzenie sportowca o udziale w Igrzyskach Olimpijskich. Po zakończeniu kariery sportowej Monika Pyrek nadal aktywnie działa na rzecz promocji sportu prowadząc Fundację swojego imienia.

Niejednokrotnie słyszeliśmy o wspaniałych zwycięstwach i wielkich mistrzach oraz ich historiach, którę są tak niezwykłe, że czasami aż trudno w nie uwierzyć. Ale uwierzyć warto. Bo właśnie tylko sport potrafi dzięki swej ideii, czystości zasad, marzeniom atletów, ich determinacji i pięknej nieprzewidywalności napisać najwspanialsze baśnie, które dzieją się na naszych oczach. Aby przyblizyć Wam te opowieści zapraszamy na kolejny odcinek serii podcastów "Sport, baśń, która dzieje się naprawdę" czytanych przez Monikę Pyrek. 

Jak dobrze wiemy, polska lekkoatletyka młotem stoi, a wieloletnie sukcesy Anity Włodarczyk, Kamilii Skolimowskiej, Pawła Fajdka, Wojciecha Nowickiego, Szymona Ziółkowskiego i wielu innych wspaniałych młociarzy i młociarek są tego najlepszym dowodem. Dlatego z wielką radością zapraszamy Was do posłuchania baśni o latającym młocie. Zapraszamy!

Podcast do poczytania

Dawno, dawno temu gdy koń nagle zaczynał kuleć, należało pójść do kowala. On wtedy swoim wielkim młotem wykuwał w ogniu nową podkowę. Gdy potrzebny był nowy miecz albo pług do orania pola albo cokolwiek z metalu, też szło się do niego.

W kowalskiej kuźni było gorąco, gdyż cały czas płonął ogień. Kowal musiał podtrzymywać bardzo wysoką temperaturę, w której żelazo i inne metale stawały się miękkie. Wtedy mógł je kształtować i wyginać uderzeniami wielkiego młota. Wieloma uderzeniami, do których potrzeba było sporej siły.

Dawni kowale z niej słynęli.

I nieraz organizowali zawody, by tę siłę zmierzyć. W ich trakcie najwięksi mocarze miotali jak najdalej najcięższymi przedmiotami. Czasem były to kola od wozów, niekiedy wielkie kamienie młyńskie, kiedy indziej znowu wielkie kloce drewna. Do dzisiaj w Szkocji organizuje się takie zawody w rzucanie pniami drzew. Wreszcie dużą popularnością cieszyły się kowalskie zawody w miotaniu ciężkimi młotami.

Dawno, dawno temu, w czasach starożytnych Grecy organizowali igrzyska olimpijskie ku czci boga Zeusa. Pierwsze takie igrzyska odbyły się ponad 700 lat przed naszą erą. Tak dawno, że do końca nie wiemy, jak przebiegały i kto je wygrywał. Pozostały legendy, które głoszą, że poza biegami, skokiem w dal, boksem, zapasami i pankrationem, który też był ich odmianą, dawni Grecy także rzucali.

W ich wypadku były to dysk i oszczep. Oszczepy robiono wówczas z wystruganego drewna, a dyski odlewano z marmuru, kamienia, brązu albo ołowiu. Oba przydawały się w walce, gdzie sprawny miotacz mógł precyzyjnie wymierzonym oszczepem czy dyskiem trafić przeciwnika i powalić. 

Słowem, takie zawody sportowe miały bardzo konkretny cel i nie było to tylko wyłonienie zwycięzcy i rozdanie medali. Tym celem była coraz lepsza sprawność w czymś, co potem przyda się w walce, podczas częstych wówczas wojen.

Oszczepami i dyskami miotano wtedy w przeciwników, ale kowalskimi młotami – także. Zawody w rzucaniu tym ciężkim przedmiotem były najbardziej rozpowszechnione w Szkocji i Irlandii, a także Anglii. Z czasem najlepsi kowale i miotacze doszli do takiej sprawności, że przy pomocy młotów rzuconych bardzo daleko mogli nie tylko wygrywać igrzyska, ale i trafiać atakujących ich wioski i miasta wrogów.

Ktoś wpadł więc na pomysł – a może by tak nie rzucać młotem, ale czymś jeszcze groźniejszym? Powiedzmy… najeżonymi kolcami kulami. Albo płonącymi bombami. 

I tak się stało, w przeciwników rzucano czym tylko popadło. Rozmaite żelastwo siało popłoch w ich szeregach. A gdy panował pokój, wciąż pozwalało wygrać zawody sportowe.

Dawno, dawno temu w wypadku igrzysk starożytnej Grecji oznacza ponad dwa i pół tysiąca lat temu. Mamy bowiem rok 2022, a pierwsze antyczne igrzyska greckie odbyły się w roku 776 przed naszą erą. Wydaje się, że to strasznie dawno, najdawniej jak się da.

Tymczasem w pradawnej Szkocji, Irlandii czy Anglii zawody sportowe miotaczy odbywały się znacznie wcześniej, już dwa tysiące lat przed naszą erą, a zatem przeszło cztery tysiące lat temu! To tak dawno, że aż trudno sobie to nawet wyobrazić – w czasach gdy powstawały egipskie piramidy.

Jeden z mitycznych irlandzkich siłaczy wymyślił sposób, by rzucać ciężkimi przedmiotami w specjalny sposób. Łapał wielkie koło od wozu, obracał się nim wokół własnej osi i rzucał. Zauważył, że leci ono wtedy dalej, kiedy wykona takie obroty.

Z czasem wielu miotaczy zaczęło stosować ruch obrotowy, który dzisiaj wykorzystuje się do lekkoatletycznych rzutów młotem i pchnięcia kulą (aczkolwiek niektórzy kulomioci wolę stary sposób, bez kręcenia się w kółko).

Już wiele lat temu zamiast klasycznego młota kowalskiego zastosowano łatwiejszy do rzucania kamień na sztywnym kiju, a potem z bardziej elastycznym łańcuchem.

Gdy dzisiaj przyjrzymy się zawodom rzutu młotem na imprezach lekkoatletycznych, zorientujemy się łatwo, że tak właśnie pozostało. Młot lekkoatletów nie jest już ani klasycznym młotem używanym przez kowali, ani nawet kamieniem, ale metalową kulą. Nie wisi na łańcuchu, ale na stalowej lince z rączką. Reszta pozostała jak dawniej. Miotacze wciąż obracają się, obracają się trzy czy cztery razy wokół jednej nogi i puszczają rozpędzone żelastwo, by przekonać się jak daleko upadnie.

Wiecie ile to metrów? Nie? To spróbujcie wytypować, zapisać na kartce i potem usiąść do oglądania mistrzostw świata, by przekonać się jak daleko można posłać taki kawał żelaza.

Udostępnij podcast

;