Mistrzowskie sztafety: Taka zabawa w berek. O medale

Pierwszym pomysłem były flagi. Zawodnicy mieli przebiec fragmenty dystansu i przekazywać je sobie z rąk do rąk. Okazało się jednak, że to bardzo nieporęczne i flagi wyparły pałeczki. Tak narodziła się niezwykle dramatyczna konkurencja lekkoatletyczna – sztafeta.

Radosław Nawrot


Niektórzy mówią – sztafeta, inni – bieg rozstawny, bo zawodnicy i zawodniczki rozstawieni są w różnych punktach trasy. To jedyna konkurencja lekkoatletyczna, w której rywalizuje się zespołowo. A ma to swoje plusy i swoje minusy.

Cóż z tego bowiem, że będziemy mieli w sztafecie jednego wybitnego zawodnika, skoro pozostała trójka nie dorośnie do jego poziomu. Cóż z tego, że poziom uczestników biegu rozstawnego będzie równy, skoro żaden z nich nie będzie zdolny do wyników na wysokim poziomie.

Skonstruowanie sztafety jest zatem zadaniem rodem z gier zespołowych. Tu liczy się bowiem zespół, a nie indywidualności, chociaż niewątpliwie mieć asa w rękawie na ostatniej zmianie to marzenie każdej reprezentacji.

Sztafeta uchodzi za konkurencję bardzo efektowną i niewdzięczną. Efektowną, bo dostarcza niesamowitych emocji, a w trakcie jednego biegu zmieniają się nie tylko wydarzenia na bieżni, ale i uczestnicy – rzecz niespotykana gdziekolwiek indziej. Niewdzięczną, bo sukces jak zwykle jest dziełem zbiorowym i ma wielu rodziców, ale porażka najczęściej jest sierotą. Porażki winny jest najczęściej ten, kto popełni błąd.

A nietrudno o niego.

W latach sześćdziesiątych Irena Szewińska była jedną z najlepszych lekkoatletek świata. Wielka gwiazda polskiego sportu specjalizowała się w biegach sprinterskich, brała też udział w biegach sztafetowych. Podczas igrzysk, które w 1964 roku odbyły się w Tokio barwy Polski reprezentowały cztery wybitne biegaczki – Ewa Kłobukowska, Halina Górecka, Teresa Ciepły i Irena Szewińska (wtedy jako młodziutka osiemnastolatka, jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Kirszenstein) wywalczyły w pięknym stylu złoty medal; pierwsze polskie złoto w sztafetach na igrzyskach olimpijskich.

To był wielki sukces, ale ta historia nie ma tylko jasnej strony. Cztery lata później bowiem Polki broniły złota na kolejnych igrzyskach w Meksyku w 1968 roku. Doszło do katastrofy – liderka polskiej drużyny Irena Szewińska zgubiła wtedy pałeczkę. Jak mówiła, potrąciła nią o swoje biodro i pałeczka upadła. Jeden błąd, jedna chwila nieuwagi, a na znakomitą lekkoatletkę posypały się gromy. Przy ogromnej roli, jaką wtedy odgrywała w Polsce i polskim sporcie lekkoatletyka, nasza gwiazda sportu stała się niemal wrogiem publicznym.

To pokazuje, jak niezwykła konkurencją jest sztafeta i jak niewiele w niej oddziela triumf i sławę od klęski i katastrofy. A wszystko w ułamku sekund, zwłaszcza w wypadku sztafety sprinterskiej 4 x 100 metrów. 

Dzisiaj na dużych zawodach lekkoatletycznych rozgrywa się sztafety na dystansach 4 x 100 metrów i 4 x400 metrów, męskie i żeńskie, aczkolwiek od niedawna obowiązują też atrakcyjne dla widzów sztafety mieszane. Pierwszy dystans to ogromne tempo, a drugi to wyścig, w którym każdy uczestnik pokonuje dystans jednego stadionu.

Mało kto wie, że 4x400 metrów to konkurencja, która weszła na stałe na duże zawody lekkoatletyczne dopiero w latach siedemdziesiątych. Dopiero wtedy dystans został ustalony właśnie na te 1600 metrów biegu. Wcześniej bywało z tym różnie.

Zawodnicy rywalizowali na przeróżnych dystansach zbliżonych do wielokrotności jednego okrążenia. W 1967 roku na przykład polski zespół zdobył srebro podczas Halowych Mistrzostw Europy na dystansie… 4x300 metrów. Przez lata sztafety biegały na dystansach: 4×320, 4×300, 3×1000, 4×800, 4×364, 4×390, 4×360, 4×720, 4×392, a zatem bardzo nietypowo. Pierwsze olimpijskie zawody sztafetowe w Londynie w 1908 roku odbyły się na rosnących dystansach – 200 + 200 + 400 +800 metrów, do łącznie daje nam też 1600 metrów. Na dystansie 4x400 metrów pałeczka przekazywana jest dopiero od 1970 roku.

Właśnie, pałeczka… Ten nieszczęsny przedmiot, który podczas meksykańskich igrzysk zgubiła Irena Szewińska – to on ostatecznie stał się kluczowy w sztafetach. Nie można biec dalej bez pałeczki, trzeba ją też precyzyjnie między sobą wymienić w wyznaczonej strefie zmian. Zrobisz to za wcześnie, odpadasz. Zrobisz za późno, to także faul. Zawodnik startuje więc bez niej, po czym gdy się rozpędzi, wyciąga do tyłu rękę, aby nadciągający kolega czy koleżanka przekazali mu pałeczkę. Ich szybkości muszą się wtedy idealnie zgrać.

„Przekazać pałeczkę” to dzisiaj wręcz powiedzenie, oznaczające zmianę. Gdy ktoś odchodzi na emeryturę, też mówimy, że przekazuje pałeczkę młodszym. A przecież ten przedmiot w rękach uczestników sztafet pojawił się dopiero po jakimś czasie. Najpierw były… flagi.

Nie wiemy, kiedy pojawiły się wyścigi sztafetowe. Ponoć w ten sposób przekazywano sobie meldunki już w starożytności, gdy strudzony biegacz dobiegał do wyznaczonego punktu i tak oddawał wiadomość świeżemu, niezmęczonemu zmiennikowi. Australia podkreśla, że na jej wielkich obszarach interioru miejscowi Aborygeni przekazywali tak informacje od tysięcy lat. Biegi sztafetowe były jedynym rozwiązaniem na tym pustkowiu, gdyż żaden pojedynczy człowiek nie pokonałby sam wielkich dystansów. Do dzisiaj w Japonii odbywa się ekstremalna sztafeta zwana ekiden, która polega na pokonaniu biegiem dystansu, jakie kiedyś przebywały … konie pocztowe. Najbardziej popularny jest ekiden w miejscowości Chiba. Biorące w nim udział drużyny składają się z trzech kobiet oraz trzech mężczyzn biegnących w następującej kolejności: 5 km (mężczyzna), 5 km (kobieta), 10 km (mężczyzna), 5 km (kobieta), 10 km (mężczyzna), i 7,195 km (kobieta). Rekord trasy został ustanowiony w 2005 roku przez reprezentację Kenii, wynosi 1:57:06.

W 1883 roku odbyły się w Stanach Zjednoczonych pierwsze sportowe zawody sztafetowe. Organizowali je strażacy, stąd jako przekazywany sobie w czasie biegów przedmiot wybrano flagi sygnałowe. Flagi jednak łopotały w czasie biegu i mocno hamowały zawodników, więc uznano je za nieporęczne. Po jakimś czasie zostały usunięte, z zawodnicy zaczęli po prostu… bawić się w berka. By dokonać zmiany, musieli klepnąć kolegę z zespołu.

To też nie okazało się dobrym pomysłem, gdyż nie zawsze można było dostrzec, czy do klepnięcia doszło. A może biegacz tylko wyciągnął rękę, ale kolegi nie sięgnął? Może popełnił faul?

Dlatego pojawiły się pałeczki – przedmiot poręczny, aerodynamiczny, którego niesienie nie przeszkadza za bardzo nawet przy dużych prędkościach. Pałki wykonane z drewna, a potem tworzyw sztucznych, weszły do użytku w 1893 roku. I przekazujemy je z rąk do rąk do dzisiaj.

Materiał pomógł stworzyć
Radosław Nawrot
dziennikarz sportowy z Poznania, autor książek, komiksów i publikacji o tematyce sportowej m.in. serii "Słynni polscy olimpijczycy". Laureat teleturnieju "Wielka Gra".

Udostępnij artykuł

;